Aktualności

Wydarzenia w parafii pw. św. Andrzeja Boboli

Rozważania Drogi Krzyżowej autorstwa Mari Jakubowskiej

Droga Krzyżowa z Panem Paschalnym
inspirowana myślą o. Bronisława Mokrzyckiego SJ

U początku rozważania tej Drogi Krzyżowej proszę Cię, Panie, o czystość intencji. Niech to rozważanie prowadzi mnie w głąb Twojego Serca, które pragnie mówić do mnie, Serce do serca. Otwieraj moje oczy, abym, spoglądając na Ciebie, uczył się drogi paschalnej. Daj mi rozpoznawać w wydarzeniach mojego życia małą historię zbawienia i łączyć je z Twoim zbawczym dziełem. Maryjo, Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, prowadź mnie po drodze towarzyszenia Jezusowi.

Stacja I – Pan Jezus na śmierć skazany

Piłat miał władzę, dokonał wyboru. Choć nie miał ku temu podstaw, skazał Jezusa – Niewinnego, na śmierć. Wybrał wolność dla Barabasza, nie słuchając swojego wewnętrznego przekonania o niewinności Pana ani przestrogi swojej żony. I oto nasz Pan – ubogi, pokorny, zależny – poddaje się temu wyrokowi całkowicie. Nie protestuje, nie używa swojej Boskiej mocy, aby się obronić. Nie zabiera wolności człowiekowi. Ale jako dowód miłości wydaje się w ręce człowieka.

Każdego dnia to ja mam władzę wybrać Jezusa lub Barabasza. To w moim sercu dokonuje się sąd nad Jezusem – w każdym moim czynie, słowie, myśli, a nawet w intencjach mojego działania. Pan poddaje się mocy mojej woli – mam moc wybrać Jego miłość lub wybrać grzech, chwilową przyjemność, małostkowość, krzywdę bliźniego. Mam moc w moim sercu umniejszyć Go, uznać za mniej ważnego…

Pokazuj mi, proszę, Panie: Jakie są moje intencje? Jakie są moje wybory? Czy rozpoznaję Boże natchnienia i jestem im posłuszny? Czy wybieram Ciebie jako moją jedyną wartość?

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, kształtuj moje serce, bym – tak jak Ty – w każdych okolicznościach rozsądzał sprawiedliwie, wybierając Jezusa i Jego Wolę. Uproś mi odwagę, abym nie ulegał presji i nie szedł na kompromis ze złem, bym nie ranił w ten sposób mojego Pana.

Stacja II – Pan Jezus bierze Krzyż na swoje ramiona

„Wtedy Jezus rzekł do Piotra: «Schowaj miecz swój do pochwy (…). Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów? Jakże więc spełnią się Pisma, że tak się stać musi?»” (Mt 26,52-53) „A Jezus wiedząc o wszystkim, co miało na Niego przyjść, wyszedł naprzeciw i rzekł do nich: «Kogo szukacie?» Odpowiedzieli Mu: «Jezusa z Nazaretu». Rzekł do nich Jezus: «Ja jestem». (…) Skoro więc rzekł do nich: «Ja jestem», cofnęli się i upadli na ziemię” (J 18,4-5a.6).

Pan w czasie swojej Męki nie stracił kontroli. To nie jest tak, że Pan stał się „ofiarą losu”, w sytuacji bez wyjścia, człowiekiem przypartym do muru. Pan wielokrotnie zapowiadał swoje odejście. On dobrze wiedział, co robi. „Dręczono go, lecz sam dał się gnębić” (Iz 53,7a). Mógł przecież użyć swej boskiej mocy i zetrzeć w proch swoich przeciwników. Jednak nie uczynił tego. Mówił: „Nikt Mi życia nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać” (J 10,18a). Dobrowolnie przyjmuje krzyż, całuje go i bierze na ramiona. Choć jako człowieka przeraża Go to zadanie. Przypomnij sobie, jak zmagał się w Ogrójcu! To nie jest tak, że Pan nie doświadczył bólu, że jako Bogu było Mu łatwiej… Doświadczał bólu w całej pełni jako człowiek i jeszcze po tysiąckroć bardziej, bo jako Bóg znał przyczynę tego cierpienia. Widział grzech całego świata i mój grzech… On, Najczystszy, przyjął na siebie cały brud zła… Cierpiał bardzo – On, czysta Miłość, która nie jest kochana!!

Zbadaj swoje serce. Zobacz, jakie emocje budzi w Tobie myśl o Bożej sprawiedliwości, mądrości, wszechmocy, wszechwiedzy… Czy budzi lęk? Czy widzisz Boga jako Kogoś, kto Cię kontroluje, czyha, by tylko przyłapać na złu i oskarżyć, postawić przed sądem? Takie spojrzenie oznacza, że nie doświadczyłeś i nie poznałeś prawdy o Bogu-Miłości. Bo tylko w świetle Jego miłości, jak w promieniach słońca, mogę zobaczyć, że Jego wszechmoc, wszechwiedza, mądrość, doskonałość – nie służą ku temu, by mnie zniszczyć i upokorzyć, ale ku temu, by mnie usprawiedliwić i podnieść, dać mi pewność o Jego miłości. Wszystkie Boże przymioty są odcieniami, promieniami Jego Miłosierdzia!

Spójrz. Pan nie stawia ciebie przed trybunałem – On sam przed nim staje. Oskarżycielem (hebr. satan) jest zły duch. A Pan sam siada, zamiast mnie, na ławie oskarżonych, On przyjmuje wyrok – by mnie oszczędzić!.. Czy nadal masz wątpliwość, że masz do czynienia z Bogiem-Miłością? Czy Ten, który nie oszczędził swojego Syna (por. Rz 8,32a), mógłby mnie zniszczyć? Czy w spojrzeniu Tego, który dobrowolnie przyjmuje karę, bo chce mi okazać miłość, będę jeszcze szukał podstępu, nienawiści?

A może myślisz, że Bóg Ojciec jest okrutny, skoro kazał swojemu Synowi tyle cierpieć? A co ty byś zrobił, kochając swego ojca, gdyby któryś z twoich braci czy sióstr obraził go, zranił – czy nie chciałbyś ojcu wynagrodzić, przyjmując na siebie wyrządzone zło? To właśnie uczynił Jezus względem Ojca i względem nas, stając się naszym Bratem. On pragnął wziąć na siebie całe zło i swoim całkowitym oddaniem wynagrodzić miłującemu Ojcu ból Jego Serca…

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, ucz mnie paradoksu Krzyża Chrystusowego i mojego codziennego krzyża. Odnawiaj we mnie zaufanie do Ojca, do Syna i Ducha Świętego. Weź moje serce i kształtuj we mnie jedyny, prawdziwy obraz Boga-Miłości.

Stacja III – Pan Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy

„I wyprowadzę ją na pustynię, i przemówię do jej serca” (por. Oz 2,16). Pustynia nie jest miejscem do życia. Przez pustynię trzeba przejść. Izraelowi trzeba było przejść przez pustynię, by nauczył się posłuszeństwa i zaufania wobec Boga. Trzeba było, aby wychodząc na pustynię, zapoczątkował świętowanie Paschy na pamiątkę uwolnienia spod ciężaru niewoli egipskiej. Także i Panu trzeba było Panu przejść przez pustynię, gdy jako Nowonarodzony uciekał wraz z Rodzicami do Egiptu. Trzeba Mu było przejść przez pustynię i być na niej czterdzieści dni, gdy u progu swojej działalności sam Duch wyprowadził Go na nią, by tam zwyciężał pokusy demona. Trzeba Mu było wielokrotnie przechodzić przez miejsca pustynne i tam nauczać, uzdrawiać, wypędzać złe duchy, by na tym pustynnym miejscu okazywała się chwała Boża. Trzeba Mu było przechodzić przez duchową pustynię ludzkich serc, by rodzić w nich Boże życie. Wreszcie trzeba Mu było przejść przez pustynię Męki, odrzucenia, cierpienia... Aby z tej pustyni mogło trysnąć źródło niegasnącego Życia, by z Jego Paschy, czyli przejścia, wyrosło Zmartwychwstanie. Przez tę pustynię trzeba Mu było przejść, więc nie mógł się zatrzymać, zanim nie dojdzie do celu. Zanim nie zawiśnie na drzewie Krzyża na Kalwarii. Dlatego powstaje, bo wie, że ta pustynia Męki prowadzi do Życia. Choć tak niemożliwym wydaje się ją przejść...

Trzeba i mi przejść przez pustynię mojej codzienności, obowiązków, choroby, cierpienia, osamotnienia czy niezrozumienia. Trzeba mi łączyć te moje małe kroki z Jego krokami na Drodze Krzyżowej. Trzeba mi pamiętać, że gdy przeżywam pustynię duchową czy przygniatają mnie moje grzechy i słabości, jest to ważny etap w mojej drodze do Zmartwychwstania. W tej mojej wielkiej słabości połączonej z Jego słabością mogę odkryć, jak bliski jest Pan. I jak cennym darem może być nawet największa pustynia, jeśli zawierzę Panu. Bo na pustyni uczę się, że nie mogę polegać na sobie. Bo pustynia odkrywa we mnie głębokie pragnienie Pana. I choć czasem wydaje mi się, że ta pustynia jest bez sensu, że jest zbyt trudna albo że Pan zostawia mnie samego i zwleka z odpowiedzią na moje wołanie, to jest w tym jakaś niesamowita mądrość Jego działania. Pokazuje nam to wiele wydarzeń z historii zbawienia. Przecież mógł od razu wyjaśnić Abrahamowi, że nie jest Jego wolą, by zabijał Izaaka. Mógł od razu objawić swoją wolę św. Józefowi, by nie przeżywał rozterki, jak ma postąpić, dowiadując się o poczęciu Jezusa przez Maryję. Jezus mógł dotrzeć do swojego przyjaciela, Łazarza, zanim on umrze. Mógł przyjść do Apostołów w łodzi wcześniej, bo przecież widział, że trudzili się przy wiosłowaniu, bo wiatr był im przeciwny... A jednak Pan czasem jakby zwleka, jakby czeka do ostatniej możliwej chwili, by zainterweniować. Bywa, że Pan zdaje się ukrywać, zostawiać mnie samego, kiedy tak bardzo Go potrzebuję. Jednak te historie pokazują, że jeżeli Pan dopuszcza trud i zmaganie, zabiera odczucie Siebie, to tylko po to, aby objawić jeszcze większą moc. Wyjaśniał to św. Faustynie tak: „Córko Moja, chociażbyś Mnie nie dostrzegała nawet w najtajniejszych głębiach swego serca, to nie możesz twierdzić, że Mnie tam nie ma. Usuwam tylko odczucie siebie, a to nie powinno ci być przeszkodą do spełnienia woli Mojej. Czynię to dla niezgłębionych zamiarów swoich, które poznasz później” (Dzienniczek, nr 1181).

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, która towarzyszyłaś Panu szczególnie w Jego drodze przez pustynię Męki, otwieraj moje serce i moją duszę, by i do niej na pustyni mówił Pan jako do swojej umiłowanej oblubienicy. Pokazuj mi, że ja nie wszystko wiem i nie wszystko muszę rozumieć, że jeśli Pan w moim odczuciu zwleka, to tylko dlatego, że mi ufa i czeka na moje pragnienie spotkania z Nim. Umocnij, proszę, moją wiarę, że On zawsze jest przy mnie, choć czasem się ukrywa. Że w momencie najbardziej krytycznym, w momencie największej próby, kiedy konieczna będzie Jego interwencja, On sam zadziała. Pomóż mi zaufać, że Jego Boże rozwiązania są lepsze od moich i naucz mnie łączyć moją wolę całkowicie z Jego wolą. Ucz mnie, że nie ma sytuacji przypadkowych, że w każdej z nich mogę wypowiadać moje małe fiat.

Stacja IV – Pan Jezus spotyka swoją Matkę

„Pan wybrał Syjon na swoje mieszkanie, tej siedziby zapragnął dla siebie” (por. Ps 132,13). To Niepokalaną szczególnie wybrał Pan, aby stała się Jego świątynią. Pod Jej Niepokalanym Sercem rozwijał się jako Dziecko poczęte, poddał się zupełnie pod Jej opiekę i w Jej obecności spędził kolejnych trzydzieści lat swojego życia. Jej serce, cała Jej istota stały się domem Boga! Czystą świątynią, w której jaśniał On. A jednak Pan nie oszczędził swoim Najbliższym, nie oszczędził Niepokalanej cierpienia… Od początku Maryja i Józef byli dziwnie włączeni w tajemnicę Paschy. Zwiastowanie – tak zaskakujące i wymagające od Maryi całkowitego zaufania, potem zmaganie św. Józefa i bolesne pytanie, co ma czynić, by chronić Maryję i Dzieciątko, kiedy nie rozumie, co się wydarzyło. Następnie wymagająca droga do Betlejem, trudne warunki dla Świętej Rodziny w czasie narodzin Syna. Proroctwo Symeona o mieczu boleści, ucieczka do Egiptu, bolesne i niezrozumiałe dla Maryi i Józefa zagubienie Jezusa… Potem ból Matki spotykającej się z odrzuceniem nauczającego Jezusa przez ludzi, wreszcie ból Maryi na Drodze Krzyżowej Syna…

Dlaczego Pan dopuścił cierpienie Matki? Przecież Ona – Niepokalana – nie powinna cierpieć! Nie zasłużyła nawet najmniejszym uchybieniem woli, najmniejszym czynem… A jednak została włączona w tajemnicę cierpienia, w tajemnicę Krzyża Chrystusa. Może ta droga Maryi pokazuje nam, że czasem nie możemy oszczędzić cierpienia naszym najbliższym? A takie cierpienie boli podwójnie... A może wprowadza nas w tajemnicę niezawinionego cierpienia? Bo czasem jest tak, że zło, którego doświadczam ja lub ktoś z moich bliskich, jest konsekwencją moich lub jego grzechów. Ale może być też tak, że cierpienie jest niezawinione. Przychodzi tam, gdzie w naszej ludzkiej logice nie powinno go być. Co wtedy czynić? Czy się buntować? Czy złorzeczyć Bogu?

Spójrz, co czyni Niepokalana. Czy nie miała prawa upomnieć się o sprawiedliwość dla Swego Syna i dla siebie? Czy nie mogła zaświadczyć o Jego niewinności? Przecież była wiarygodnym świadkiem. Jednak nie czyni tego. Co zatem czyni? Swój ból łączy z Jego bólem… Świadomie przyjmuje ten ból, nadając mu sens, łącząc go z Krzyżem Syna… To jest i moje powołanie – każde moje cierpienie czy też czas duchowego strapienia może być moim udziałem w Krzyżu Pana…

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, ucz mnie całkowitego zawierzenia Panu. Szczególnie, kiedy wydaje mi się, że dopuszcza na mnie czy moich bliskich to, czego nie powinien dopuścić, że nie ma Go obok mnie, gdy najbardziej Go potrzebuję. Pomóż mi zaufać, że cierpienie nie jest znakiem odrzucenia przez Pana, ale że jest moim udziałem w Jego paschalnej drodze i wezwaniem do szczególnej zażyłości z Nim. Spraw, Matko, by moje serce, na wzór Twojego Niepokalanego Serca, stawało się Jego domem.

Stacja V – Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi

„I przymusili niejakiego Szymona z Cyreny (…), który wracając z pola właśnie przechodził, żeby niósł krzyż Jego...” (Mk 15,21). Aby dojść do celu, muszę go znać. Nie wystarczy iść gdziekolwiek i czynić cokolwiek, nie wystarczy „działactwo”, trzeba mi znać cel. Wiele rzeczy zabiera moją uwagę, jednak tak naprawdę niewiele z nich prowadzi mnie prosto do celu. Wiele z nich spowalnia moją drogę, rozprasza energię, zabiera siły. A moim Celem Ostatecznym jest Bóg-Miłość i zjednoczenie z Nim. Czy rozeznaję, czy to, w co się angażuję, prowadzi mnie do Celu Ostatecznego? Czy wykonuję dobrze to, co do mnie należy, bez ociągania? Powinienem wybierać wszystko inne tylko o tyle, o ile do tego Celu mnie prowadzi.

Szymon Cyrenejczyk raczej nie miał na tamten moment takiego rozeznania, a będąc przymuszonym do pomocy Jezusowi, właściwie nawet nie miał wyboru. Możemy jednak przypuszczać, że skoro wracał z pola, to wracał do domu, po skończonej, dobrze wykonanej pracy. I właśnie na tej drodze, związanej z wykonywaniem Jego obowiązku stanu, zawodu spotkał go Pan. Podobnie jak wcześniej Pan powołał Piotra, Jakuba i Jana, którzy nad jeziorem wykonywali swoje obowiązki, podobnie, jak z komory celnej powołał Mateusza. Spójrzmy, jaka mądrość – moje codzienne czynności, czasem mozolne, moja praca, obowiązki mojego stanu i powołania, są szczególną przestrzenią dla działania Pana. Jeśli wykonuję je, a tym bardziej, jeśli wykonuje je w imię Pana, bez ociągania, jeśli kieruję się właściwą hierarchią w życiu wewnętrznym, jeśli nie poddaje się zniechęceniu, ale „wiercę” w głąb, Pan może przez te sytuacje działać. Sam przecież żył zwyczajnym, prostym życiem przez trzydzieści lat w Nazarecie. Zatem moja, także ta trudna codzienność, przeżywana z Nim, ma sens. Moje codziennie wykonywane obowiązki mogą stać się przestrzenią spotkania Pana. Mogą także zaowocować darem łaski dla innych, tak jak posługa Szymona zaowocowała w przyszłości łaską wiary i gorliwości jego synów, Aleksandra i Rufusa. Nie muszę widzieć owoców już teraz. Trzeba mi po prostu ufać, że każda sytuacja, każde spotkanie, także każde cierpienie czy każda radość nie jest przypadkowa i ma swoje miejsce w mojej małej historii zbawienia. Jeśli złączę je ze zbawczą drogą Pana, te małe codzienne sprawy staną się światłami Zmartwychwstania we mnie i wśród moich bliskich, a także darem dla całego Kościoła. Jak pokrzepiająco brzmią tu słowa Pana wypowiedziane do św. Faustyny: „Wiedz, córko Moja, że twoje codzienne ciche męczeństwo w zupełnym poddaniu się woli Mojej wprowadza wiele dusz do nieba…” (Dzienniczek, nr 1184).

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, gdy przyjdą chwile zniechęcenia i buntu, gdy przytłoczy mnie codzienne zmaganie z moimi obowiązkami i z samym sobą, ucz mnie, jak cenne są te chwile. Ty znałaś szarość, monotonię i wymagania codziennego życia. Nie daj mi ulec pokusie bylejakości i buntu przeciwko obowiązkom. I pomóż mi nie tracić z oczu Celu Ostatecznego, niech On nadaje sens moim codziennym zmaganiom.

Stacja VI – Weronika ociera twarz Panu Jezusowi

„Ludu mój, cóżem ci uczynił? Czym ci się uprzykrzyłem? Odpowiedz Mi!” (Mi 6,3). „Godne podziwu są Twoje dzieła” (Ps 139,14b). „Tyś wszystko mądrze uczynił” (Ps 104,24). Dzieła Twoje, Panie, świadczą o Twojej nieskończonej miłości. Cały świat nam mówi o Tobie, bo przez piękno stworzeń możemy odkrywać Twoją delikatność, troskę, mądrość... A oto teraz stworzenie wypiera się swojego Stwórcy. Ten, który jako jedyne ze stworzeń mógł dać Ci odpowiedź osobową, odpowiedź miłości, odpowiedź całą swoją istotą, odrzuca Ciebie... Św. Jan Maria Vianney żalił się: „Ptaki Bóg stworzył, by śpiewały i śpiewają, a ludzi, by kochali Boga i Go nie kochają!”. Lecz na Drodze Krzyżowej pojawia się Weronika, która odpowiada Twojemu Sercu pragnącemu miłości tak, jak tego jesteś godzien.

Jako człowiek mogę odpowiedzieć Panu w imieniu całego stworzenia. Cała przyroda wychwala Pana i włącza się w uwielbienie Boga, ale i w Jego drogę paschalną. W przyrodzie widać życie i śmierć, witać Boża potęgę i Jego zamysł miłości. Jednak przyroda nie jest zdolna dać Bogu odpowiedzi miłości osobowej. Tylko ja jako osoba, choć nieskończenie mniejszy od Boga, mogę dać Jemu odpowiedź miłości. On zapragnął tą miłością ze mną się podzielić. I tak bardzo pragnie, bym odpowiedział, On jest proszącym: „Odpowiedz Mi!” (Mi 6,3c),  „Pragnę” (J 19,28c).

To właśnie teraz jest mój zbawczy kairos, w którym mogę odpowiedzieć na pragnienie Pana. Trzeba mi zaufać, że Pan daje łaskę wystarczającą mi na ten konkretny moment, na daną chwilę. On wie, że i jutro będę Jego łaski potrzebować. Nie muszę się martwić o jutro (por. Mt 6,34), o wczoraj. On jest wierny. I nie zostawia mnie samego. Towarzyszy mi modlitwa całego Kościoła. A ja? Mam rozpoznać moje „teraz” i w nim dać Panu moją odpowiedź. Jaka ona będzie?

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, Ty która rozpoznawałaś każdą chwilę i wykorzystywałaś ją, aby dać Panu odpowiedź miłości w imieniu całego stworzenia całą swoją istotą – ucz mnie tego nieustannego dialogu serc, dialogu miłości, który realizuje się w szczerej postawie serca przed Panem i w czynach miłości i miłosierdzia czynionym moim bliźnim. Bo wszystko – dobro i zło, jakie uczyniliśmy braciom, Pan przyjmuje jako dar dla Niego (por. Mt 25,40).

Stacja VII – Pan Jezus upada po raz drugi

Droga życia duchowego przebiega jak sinusoida. Są chwile duchowego uniesienia, umocnienia, namacalnego doświadczenia bliskości Pana i są chwile zniechęceń, oschłości, słabości czy nawet poczucia odrzucenia od Niego. Tajemnica drugiego upadku Pana pokazuje nam, że On nie boi się tych „ciemnych” stron, tych chwil upokorzenia, zmieszania z błotem ulicy... On – choć Najczystszy i Najniewinniejszy – upada w proch ziemi, niejako pod stopy człowieka. On prawdziwie staje się Drogą... Poniżony i niepodobny do ludzi (Iz 52,14c), jak robak (Ps 22,7a). Staje się Drogą, po której mamy przejść, by dojść do Ojca. Znów On, ten sam: ubogi, pokorny i zależny. Pan Wszechświata upada pod ciężarem słabości, jak gdyby chciał powiedzieć – spójrz, nie boję się wejść tam, gdzie jesteś Ty, moje umiłowane dziecko. Chcę – tak jak Apostołom w Wieczerniku – ucałować Twoje stopy, nawet jeśli ty zechcesz mnie z nienawiścią podeptać... W twojej słabości jestem razem z Tobą, nigdy Cię nie opuściłem. Wchodzę w przepaść Męki, przyjmuję na siebie cierpienia całego piekła, abyś Ty tam nie trafił, abyś Ty mógł żyć. Uczyń mnie swoją Drogą. Nie ma innej. „Ja jestem Drogą, i Prawdą, i Życiem” (J 14,6a).

Kiedy widzisz, że znów upadasz i nie masz już sił, spójrz na ten upadek jako na „kolanko wzrostu”. Łaska Boża może sprawić, że z tego upokorzenia wyjdziesz mocniejszy, bo nie będziesz już polegał na sobie, ale na Jego łasce. Kiedy upadasz w grzech, upadnij na kolana przed Panem i proś – Jezu, powstający z upadku dla mnie, podnieś mnie. On z radością to uczyni!

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, ogarnij moje nędze Twoim niepokalanym spojrzeniem. Ukryj mnie w swoim Sercu i przedstaw Miłosiernemu, kiedy ja sam już nie mam odwagi i sił, by po raz kolejny prosić Go o przebaczenie... I strzeż mnie od zniechęcenia – bo tylko ono jest przegraną!

Stacja VIII – Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty

Pan nigdy nie chce zgnębić, poniżyć. „Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi ledwo tlejącego się knotka” (Iz 42,3). On – Wszechmoc Miłosierdzia. Tak pokorna. W tej stacji rozważamy, jak Pan Jezus napomina płaczące niewiasty. Można zapytać: napomina czy pociesza? On daje jednocześnie napomnienie i pocieszenie. Napomnienie ku pocieszeniu. Bo tak działa Duch Boży – jeżeli napomina, przekonuje o popełnionym złu, to jedynie po to, aby podnieść, by pokazać drogę wyjścia. Nigdy po to, aby pognębić człowieka, pokazać wyższość, wyśmiać… A zły duch działa odwrotnie, najpierw kusi do zła lub do pozorów dobra, a potem oskarża i wbija w poczucie winy, dołuje. Działa mętnie, w zakamuflowaniu, podsuwa nieuzasadnione lęki i niepokoje, wyciąga z teraźniejszości do wyobrażeń o przeszłości lub przyszłości. Zakłóca, spowalnia postęp duchowy, strasząc lub nęcąc. Uderza, szuka słabego punktu, ale chce pozostać w ciemnościach, boi się światła! Dlatego trzeba mi natychmiast, bez obaw i konsekwentnie wyciągać na światło wszystko to, co wtłacza w moje serce zamęt, nieuzasadniony niepokój, a tym bardziej, jeśli czuję zniechęcenie do tego, żeby podzielić się tym z kimś. Wtedy tym bardziej trzeba mi szukać światła, biec do Niego, do tej Światłości prawdziwej (J 1,9a). Wyjawiać te pokusy i grzechy na ręce kapłana, by on mocą Chrystusowego napomnienia i rozgrzeszenia podniósł mnie, pocieszył, umocnił. Bo „choćby moje grzechy były jak szkarłat, nad śnieg wybieleją!” (por Iz 1,18.) . Bo „wody wielkie nie zdołają ugasić miłości” (Pnp 8,7a). Bo nic nie może odłączyć mnie od miłości Chrystusa (por. Rz 8, 38-39).

Trzeba mi mieć świadomość, że moje serce jest przestrzenią walki duchowej. To tam, na głębinach serca, trzeba mi rozróżniać głos Pasterza od głosu złodzieja owiec. Pan działa zawsze pokornie, subtelnie, ale stanowczo, z wielkim poszanowaniem mojej wolności. Czasem mogę przeżywać w sobie wielkie zmaganie, czasem Jego głos może być dla mnie niewygodny. Ale On daje łaskę wystarczającą, bym Go rozpoznał. Nie muszę się lękać, bo Jego łaska jest jak manna na pustyni – dana przez Niego na tę konkretną chwilę. Jeśli pozostaję w strumieniu Jego łaski, jeśli „robię swoje” – to znaczy to, co do mnie należy w tym momencie – jestem bezpieczny i On niesie mnie na ręku. Bo Jego łaska nie jest przywiązana do wyobrażeń, ale do zdarzeń, do mojej wierności „tu i teraz”. I nie chodzi o jakąś drobiazgowość, o to, bym rozpraszał się na każdym kroku, dostrzegając moją słabość. Nie chodzi o to, żebym przerażał się i zasmucał nadmiernie każdym moim upadkiem, bo wtedy tracę z oczu Pana, a skupiam się na sobie. Chodzi o moje zapatrzenie się w Niego, o moją szczerą wierność, także w drobnych sprawach. Bo jeśli kocham, to nawet najmniejszym drobiazgiem nie chcę zranić Umiłowanego… A jeśli Go zranię, chcę do Niego przybiegać, wdrapywać się jak małe dziecko na kolana Taty i prosić Go pokornie: „Zmiłuj się nade mną!”. I iść dalej umocniony Jego Miłosierną miłością.

To właśnie jest sens napomnienia Pana, które porusza moje serce, bym zapłakał nad moją słabością i zranieniem Jego miłości, a jednocześnie podnosi i daje mi siłę, by pójść naprzód. Te chwile upokorzenia się przed Nim są bardzo cenne, bo pokazują mi, jak niewiele mogę sam. I pokazują, że to On może wszystko.

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, pomóż mi nie ociągać się nigdy z przybieganiem do Pana z moimi słabościami. Uproś mi światło, abym rozpoznawał w moim sercu działanie Bożego Ducha i za nim szedł, a unikał tego, co wyciąga mnie ze strumienia Bożej łaski. Wlej w moje serce pewność, że Pan nigdy nie chce mnie pognębić, ale że zawsze słucha z uwagą moich słów, kiedy wyznaję Mu moją słabość i za każdym razem pragnie mocno mnie przytulić. On tak bardzo czeka na to spotkanie, aby móc otulić mnie swoim wszechmocnym Miłosierdziem. On tak się cieszy, kiedy przychodzę do Niego!

Stacja IX – Pan Jezus upada po raz trzeci

Spójrz, co czyni jeden jedyny grzech. Jedno powiedzenie Bogu: „nie”. Aniołowie, choć w pełni poznania Boga i Jego ogromu miłości, mogli powiedzieć Bogu „nie”. Skutkiem tej decyzji najpiękniejszy anioł światła stał się aniołem ciemności i pociągnął za sobą zastępy złych duchów. Od tego czasu w świecie duchowym istnieje potężna siła zła. To grzech aniołów i jego skutek. Adam i Ewa, choć żyjący w nieustannej i niezmąconej bliskości Boga, dopuścili do swojego serca wątpliwość o dobroci Boga. Doszukując się u Niego złych intencji, poddali się pokusie węża i przekroczyli polecenie, jakie otrzymali od kochającego Ojca. Uznali, że wiedzą lepiej i odstąpili od drogi wyznaczonej przez Miłość. Skutkiem było ich wypędzenie z Raju, trud i cierpienie życia codziennego oraz przekazanie zmazy grzechu pierworodnego wszystkim pokoleniom ludzi, jacy kiedykolwiek byli, są i będą na ziemi. Grzech pierwszych rodziców – i jego skutek. A mój grzech? Skutkiem każdego mojego grzechu śmiertelnego jest to, że zasługuję na karę piekła... To jest realny wymiar życia duchowego! Gdyby nie odkupieńcze dzieło Pana, byłbym zbyt słaby, by nie upadać w grzech, a po upadku nie mógłbym podnieść się z niego... Ale Pan postanowił inaczej. Widział moja słabość, wiedział, że bez Jego szczególnej pomocy prawdziwie zasługuję na potępienie. I dlatego postanowił przyjąć na Siebie ten skutek, doświadczając w czasie Męki niejako kar piekielnych. On wszedł w doświadczenie ogromnego bólu fizycznego i duchowego, wszedł – jako Umiłowany Syn (!) – w doświadczenie poczucia totalnego opuszczenia przez Ojca... Dlaczego aż tak? Bym nigdy nie zwątpił w moc Jego przebaczenia i bym nie uległ rozpaczy, którą podsuwa mi szatan. Piekło nie jest moim przeznaczeniem. Moim przeznaczeniem jest Niebo! Pan sam siebie tak bardzo uniżył i sobą pogardził, niejako uczynił się grzechem (…), bym ja podniósł się z każdego grzechu i znów doświadczał pełni wolności Jego Umiłowanego Dziecka!

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, Ty jako jedyna z ludzi nie zostałaś naznaczona zmazą grzechu pierworodnego. Jak wielkie musiało być Twoje cierpienie, gdy widziałaś Pana przygniecionego ciężarem wszystkich naszych, moich grzechów... Ty najdotkliwiej poznałaś całą ich złość, odczuwając wielki ból w Twoim Niepokalanym Sercu. O Maryjo, pragnę z Tobą i przez Ciebie zadośćuczynić Sercu Jezusa, który wziął na siebie całą złość moich grzechów, bym ja z każdego upadku podnosił się i szedł z ufnością ku Niebu. On pragnie mnie tam mieć!

Stacja X – Pan Jezus z szat obnażony

„I wyprowadził ich samych na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto ukazali się Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim” (Mt 17,1a-3). Jakże inna to scena. Teraz to Pana wyprowadzono na górę, osobno, poza miasto. Nie towarzyszyli Mu uczniowie... Pozostał tylko Jan. Zamiast Mojżesza i Eliasza – dwóch złoczyńców. Zamiast głosu Ojca – bluźnierstwa tłumów. Zamiast chwały – poniżenie. Zamiast lśniącej szaty – nagość Pana Wszechświata, który przecież z ogromu miłości przyodziewa nawet kwiaty... (por. Mt 6,28-30). Zamiast bieli – czerwień krwi i ciemna barwa posiniaczonego, rozdartego Ciała... A jednak Góra Przemienienia i Góra Kalwarii mają tak wiele wspólnego. Przecież Mojżesz i Eliasz rozmawiali z Panem o odejściu, którego miał dopełnić w Jeruzalem (por. Łk 9,31). Wszystko, cała historia zbawienia zmierzała właśnie tutaj... Krzyż – głupstwo dla pogan, hańba i zgorszenie dla Żydów (por. 1 Kor, 1,23) – jest zwycięstwem. Zło triumfuje tylko pozornie. Nie ma mocy pozbawić Pana Wszechświata miłości, którą jest On sam. Został odarty brutalnie z szat, ale nie został odarty z miłości. To tutaj Jego miłość triumfuje. Choć każdy Jego dotychczasowy gest, słowo, czyn, spojrzenie, były wyrażeniem tej Bożej miłości, to teraz, na Kalwarii, nie można Jego postępowania wytłumaczyć inaczej, jak tylko Miłością. Jaśniejącą jak słońce biel szaty z Góry Przemienienia Pan zawarł w Najświętszym Sakramencie Miłości, który ustanowił dzień wcześniej. To tam złożył już Ofiarę z samego Siebie, tam ma miejsce istota Jego całopalnej Ofiary (Dzienniczek, 684), teraz dopełnia się tylko jej zewnętrzny wymiar...

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, pragnę ofiarować Ci każdą Eucharystię, w jakiej uczestniczyłem i kiedykolwiek będę jeszcze uczestniczył. Pouczaj mnie, Mamo, jak przyjmować ten Dar białego Chleba, kruchego i bezbronnego, w którym jest obecny żywy Jezus, z jaką delikatnością i miłością stawać przy Panu na eucharystycznej Górze Kalwarii, gdzie pozbawiony wszystkiego jest jak Boski żebrak, który woła o moją miłość... On tak bardzo pragnie być moim wszystkim.

Stacja XI – Pan Jezus przybity do Krzyża

„Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, aby wywyższono Syna Człowieczego” (J 3,14). Zadziwia i porusza mnie starotestamentalna historia Józefa, znienawidzonego przez braci, którego ojciec szczególnie ukochał, a z którego zdarto szaty, wrzucono go do pustej studni, a potem sprzedano za srebrniki i wzięto w niewolę. Jednak sprzedany do niewoli Józef tak naprawdę miał kontrolę nad sytuacją – przebaczył swoim braciom i stał się dla nich w Egipcie znakiem błogosławieństwa. Porusza mnie historia gospodarza winnicy, który posyłał swoje sługi, aby odebrać plon, a gdy wreszcie posłał swojego syna, dzierżawcy zabili go, mówiąc: „to jest dziedzic, (…) zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo” (Mk 12,7b). Jak niesamowity jest nasz Pan. Posyłał swoje sługi ku nawróceniu ludzi w Starym Testamencie, aż wreszcie sam Syn Boży przyszedł na ziemię. Został wydany przez swoich, sprzedany za srebrniki, uwięziony, wrzucony do ciemnicy, wreszcie zabity... A my, choć z naszej winy On został zabity, przez Jego Mękę prawdziwie weszliśmy w posiadanie Jego dziedzictwa! Więcej – Bóg Ojciec nas usynowił, choć myśmy zabili Jego Jednorodzonego Syna... Nie pojmę Ciebie, Panie. Nie rozumiem, dlaczego wybrałeś tę drogę... Ale wiem, że tu jest jakaś wielka tajemnica Twojej miłości. Choć zadziwia mnie to, wiem głęboko, że Ty tę Drogę Krzyżową podjąłeś z własnej woli! Więcej, pragnąłeś tego, choć po ludzku przytłaczał Cię ciężar cierpienia... Bo przecież, gdybyś chciał, jedną Twoją decyzją odwróciłbyś bieg wydarzeń. Przecież nawet w Ogrójcu żołnierze, którzy przyszli Cię pojmać, upadli przed Tobą na twarz, słysząc Imię Boga: JA JESTEM (por. J 18,6). A Ty sam wyszedłeś im naprzeciw i pozwoliłeś się pojmać. Trudno to pojąć, ale Pan wykorzystał w sposób dojrzały swoją wolność, poddając się całkowicie człowiekowi i jego nienawiści. Bo jak mówił św. Jan Paweł II: „«nie-bycia-wolnym» w miłości nigdy nie odczuwa się jako niewoli (…), lecz jako afirmację (…) wolności, jako jej spełnienie” (Jasna Góra, 4 czerwca 1979 r.).

Pan w przedziwny sposób wykorzystał przewrotne słowa tłumu, który wołał wobec Piłata: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze” (Mt 27,25b). Te słowa wzięcia przez tłum odpowiedzialności za zabójstwo Boga-Człowieka stały się jak gdyby proroctwem. Bo prawdziwie Krew Jezusa spłynęła na nas, więcej – zostaliśmy w niej zanurzeni przez chrzest. Jednak nie dla naszego oskarżenia, ale dla naszego usprawiedliwienia… Pan wykorzystał brzemienną w skutki historię upadku pierwszych rodziców, którzy sięgnęli po owoc z drzewa poznania dobra i zła, by z krzyża uczynić nowe drzewo poznania dobra i zła. Pan zawisł na tym hańbiącym drzewie Krzyża, sam stając się Owocem, który daje życie. Z drzewa śmierci uczynił nowe drzewo życia, do którego ma przystęp każdy, którego nie strzeże cherubin z lśniącym mieczem, ale z którego może czerpać i posilać się Jego Owocem każdy, kto w pokorze uznaje swoją słabość… On zawisł na drzewie, aby odkupić grzech sięgnięcia po owoc z Raju. „Zaprawdę, błogosławiona wina, skoro ją zgładził tak wielki Odkupiciel” (Exsultet). Gdy wydawało się, że na drzewie krzyża triumfuje zło, a na Nim samym, na Jego umęczonym Ciele zostały wyryte wszystkie grzechy świata i odkryta została niszcząca siła zła, On ukazał wszechmoc dobra i miłości. Ukazał wszechmoc przebaczenia i Miłosierdzia, wprowadzając łotra do Raju… Pan ma moc przemienić to, co wydaje się przegraną, totalną klęską. To Jego poddanie się i przybicie do Krzyża jest wyrazem Jego siły miłości, jest wyrazem afirmacji Jego wolności…

Uklęknij w duchu przed Ukrzyżowanym. Wejdź w głęboki dialog z Nim. Spójrz, Kim On jest, a kim Ty jesteś? Zapytaj Go, Panie, co Ty uczyniłeś, dla mnie? Dlaczego tak? Ty dla mnie takiego? I nie lękaj się pójść o krok dalej – Panie, kiedy widzę, co Ty uczyniłeś dla mnie – to co ja mogę uczynić dla Ciebie? Niech to będzie Twoje colloquium, rozmowa z Ukrzyżowanym… I nie lękaj się. Z Jego Serca łaski czerpie się jednym naczyniem, a jest nim ufność (Dzienniczek, 1578). Wsłuchaj się w Jego siedem słów z krzyża. On wypowiedział je dla Ciebie. Może po to, by odkupić też Twoje gadulstwo, niepotrzebne, raniące słowa?

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, upraszaj mi dar zasłuchania się w słowa Pana z krzyża. Uproś mi dar zapatrzenia się w Niego, zakorzenienia się w Nim. Umacniaj we mnie przekonanie, że – szczególnie w chwilach trudu, duchowego „obstrzału” – towarzyszy mi modlitwa Kościoła, modlitwa Świętych i Twoja modlitwa, Maryjo. I kształtuj we mnie postawę ufności, która jest kluczem do Serca Boga.

Stacja XII – Pan Jezus umiera na Krzyżu

Zawierzenie... To Pan pierwszy się zawierzył człowiekowi. Zstąpił do dziewiczego łona Maryi, zawierzając Jej cała swoją Bosko-ludzką istotę. Jak bardzo zaufał! Zawierzył się św. Józefowi, który stał się Jego pierwszym obrońcą, gdy Jego życie było poważnie zagrożone pod Sercem Maryi i krótko po narodzeniu. Zawierzył się w Eucharystii dłoniom Apostołów, a potem dłoniom wszystkich kapłanów świata... Zawierzył i zawierza mi Siebie – w każdym spotkanym człowieku, bliźnim, który prosi mnie o pomoc, nad którym sprawuję władzę lub opiekę... Zawierza się znów ludzkim rodzicom w bezbronnym dziecku, które przez swoje poczęcie mówi o stwórczej potędze daru miłości... Zawierza się i mnie w każdej Komunii świętej, ale i w każdej chwili dnia, czekając z utęsknieniem, aż moje serce zabije dla Niego (por. Dzienniczek, 1728). Wreszcie na krzyżu zawierzył siebie Ojcu. Od Niego wyszedł i do Niego wracał, choć Jego przyjście na świat i Jego odejście z tego świata były tak niepodobne do ludzkich wyobrażeń o Bogu-Mesjaszu. Pan nie patrzył na ludzkie kalkulacje i polityczne oczekiwania, ale z miłością, do końca, pełnił Wolę Ojca – Boga-Miłości. Wreszcie drogą zawierzenia podzielił się ze swoimi Najdroższymi – Maryją i Janem. Jana oddał Niepokalanej, a Ją przekazał pod opiekę swojemu umiłowanemu uczniowi. Zawierzenie Pana splata się ściśle z zawierzeniem Niepokalanej. Jej Fiat pozostało nadal aktualne – nie tylko w Nazarecie, ale i w Betlejem, podczas Ofiarowania, ucieczki do Egiptu, podczas zagubienia i odnalezienia Jezusa w świątyni, podczas publicznej niełatwej działalności Syna... Wreszcie tu, pod Krzyżem. Ona zawierzyła w pełni, do końca. W Jej Sercu Niepokalanym przetrwała przez te mroczne dni Kalwarii i Grobu wiara całego Kościoła... I z Jej serca wytrysnęła później czysta i pełna radość Zmartwychwstania.

Maryjo, tak jak Jezus to pierwszy uczynił, tak jak pokazywał nam to w czasie swojego ziemskiego życia, i my chcemy iść drogą zawierzenia. Ufamy, że skoro Pan sam Tobie jako pierwszy się zawierzył, to jesteś najbezpieczniejszym miejscem i najpewniejszą pomocą w naszej drodze do Niego. Wejrzyj na Jego prośbę z krzyża i przyjmij nas jako Twoje dzieci. Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, oddajemy się Tobie bez zastrzeżeń!

Stacja XIII – Pan Jezus zdjęty z krzyża i złożony w ramiona Matki

Niepokalana znała cenę Odkupienia. Widziała rany Pana, odczuwała je. W Niepokalanym Sercu przeżywała cały ból Męki i śmierci Syna i cały ból spowodowany grzechem… Straciła Jedynego Syna, a na sposób duchowy zyskała niezliczone rzesze synów i córek. Na Niej spełniły się te słowa: „«Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, (…), wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym” (Mk 10,29b-30). Ona jako pierwsza przeszła drogą paschalną. Przeszła przez Mękę Syna wraz z Nim. Trwała w ofiarowaniu, żyjąc, gdy On oddał życie. Widziała Jego umęczone Ciało. Czuła, gdy umierał, boleść Jego duszy. Maryja przeszła drogę paschalną Syna i swoją drogę paschalną. I nie ugięła się! Jak mocne drzewo, jak dom oparty na Skale nie runęła, nie załamała się, choć burza cierpienia i poniżenia otaczała Ją.

Maryja, trzymając na kolanach Ciało Umiłowanego Syna, pokazuje nam drzewo pięknego człowieczeństwa – drzewo, które jest posadzone nad płynącą wodą, które wydaje owoc, a jego liście nie więdną i będą służyć za lekarstwo (por. Ez 47,12; Ps 1,3). Maryja zna Źródło wody żywej! Bo jak spod prawego boku świątyni w widzeniu Ezechiela wytryskała ożywcza woda, nad którą rosły drzewa wydające owoc każdego miesiąca, dające liście za lekarstwo, tak z prawego boku Chrystusa wytrysnęło źródło, czyściutkie, przejrzyste, z którego czerpać mamy życie. Jak z boku Adama Bóg ukształtował Ewę, tak z boku Chrystusa Duch Święty wyprowadził Kościół, a w nim nową Ewę – Maryję. Niepokalana jako pierwsza doświadczyła owoców Odkupienia! Dla zasług i na mocy przewidzianej Męki Pana została zachowana od grzechu pierworodnego. Ona czystym i Niepokalanym Sercem wie, co znaczy ta cena Odkupienia…

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia! Oddaję Ci siebie, byś kształtowała mnie, bym moim życiem ukazał drzewo pięknego człowieczeństwa. Niech moim korzeniem będzie wielki szacunek i zakochanie się w Męce Pana, w pasyjności. Niech te korzenie sięgają w głąb tego źródła, w głąb ofiarnej miłości Pana. A gdy korzenie są mocne – nie złamie drzewa żadna wichura, ulewa… A Ty, Matko, ożywiaj jego koronę. Oczyszczaj ją, przycinaj, upiększaj… By wydawała owoce… By mogły gnieździć się w niej ptaki podniebne… (por. Mk 4,32). By drzewo mojego życia było świadectwem miłości Pana, będąc zakorzenionym w pasyjności i maryjności!

Stacja XIV – Pan Jezus złożony do grobu

Dokonała się największa kenoza Boga-Człowieka. Pan uniżył się całkowicie. Najpierw, gdy zstąpił na ziemię w chwili Zwiastowania, kiedy w ukryciu przed światem Maryja wypowiedziała swoje fiat. W cichości i zapomnieniu Pan narodził się w Betlejem, w skrytości żył przez trzydzieści lat poddany swej Matce i Opiekunowi, św. Józefowi. W tłumie, jako jeden z wielu, nie wyróżniając się, przyjął chrzest z rąk Jana, w ukryciu pościł na pustyni przez 40 dni. W ukryciu dokonywał także wielu cudów, nie szukając rozgłosu. W ukryciu, w gronie najbliższych oddał siebie całego jako dar wieczny dla człowieka, w Eucharystii… To tam, w Wieczerniku, jest istota Jego ofiarowania (Dzienniczek, 684). W ukryciu modlił się wiele razy do Ojca i w samotności, opuszczeniu od najbliższych modlił się ten jeden szczególny raz przed Męką w Ogrójcu. W ukryciu wreszcie, nierozpoznany jako Pan i Zbawiciel, a traktowany jak złoczyńca, przeszedł Drogą Krzyżową i oddał życie na krzyżu… „Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi” (Iz 53,3), „postać Jego była niepodobna do ludzi…” (Iz 52,14). A potem w ukryciu i pośpiesznie pochowano Jego umęczone Ciało, aby nie zostało na krzyżu na czas świąt żydowskich. W ukryciu i ciemności grobu Jego Ciało oczekiwało do trzeciego dnia. W tak wielkiej pokorze i ukryciu. Pan przełamał jednak tę ciemność i powstał z martwych, rozproszył mrok śmierci i objawił się jako Wschodzące Słońce!

Pan nigdy nie szukał dla Siebie uznania. A wtedy, kiedy było trzeba, kiedy dla umocnienia wiary było to konieczne, Bóg sam upominał się o swojego Syna. Wskazywał na Niego i działał w ukryciu mocą swojej łaski w sercach ludzi, aby umieli rozpoznać i przyjąć Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Pan swoim życiem pokazuje, że największe rzeczy dokonują się w ukryciu. Szczególnie te największe, najgłębsze spotkania między Nim a mną dokonują się w ukryciu… W sanktuarium mojego serca.

 

Ciało Pana owinięto w płótna. Jego Twarz okryto chustą… Jakże inna jest ta chusta niż chusta Weroniki, a jednak to twarz tego samego Skazańca… Również i na tej chuście Pan pozostawił odbicie swojej Twarzy, gdy przy Zmartwychwstaniu przeniknął przez płótna, zapisując na nich jakby negatyw fotografii swego umęczonego Ciała. Na dowód tego, jak nas ukochał…

Twarz Pana z Całunu jest spowita spokojem. Brak na Niej grymasu bólu, brak wyrzutu względem katów…. Nawet ten pośmiertny wizerunek Pana świadczy o Jego Miłosiernej Miłości. Pan, z zamkniętymi oczami, ze śladami chwalebnych ran zaprasza, by spotkać się z Nim… Nie stwarza dystansu, nie grozi, nie wypomina… Jakby chciał w tym wizerunku z zamkniętymi oczami pokazać nam kierunek: „zejdź na głębiny twego serca. Zamknij oczy na to, co niekonieczne, nieuporządkowane, na to, co odciąga od wnętrza… Wejdź w głębię twego serca i na tych głębinach spotkaj Mnie – żywego, choć doświadczyłem śmierci. Nie bój się zbliżyć do Mnie – nie odrzucę Ciebie. Zejdź na głębiny i opowiedz Mi o tym, co przeżywasz. I nasłuchuj, bądź ufny. Nie bój się powiedzieć Mi o swoich radościach, nadziejach, ale i o grzechach. Słucham cię z uwagą, nie patrzę, by nie krępować ciebie, ale wiedz, że zamykam cię w Moim najmiłosierniejszym Sercu.

Wejdź na głębiny. Zamknij oczy ciała, otwórz twoje serce i pozwól je obmyć Moją Przenajdroższą Krwią. To dla ciebie, Mój Umiłowany, Moja Umiłowana. Czyż możesz się lękać Tego, który za ciebie oddał życie? Nie oddaje się życia za nieprzyjaciół – jesteś Moim przyjacielem. Wpatruj się w tę Moją Twarz, zachowaj ufność. Pragnę ukryć cię w Moich Ranach. Pragnę obmyć Twoje oczy. Dla ciebie wziąłem na siebie męki piekła, abyś ty mógł żyć! Nie bój się, wierz tylko (Mk 5,36). Choć jestem PANEM, przychodzę do ciebie stale jako ubogi, pokorny i zależny. Składam się tobie jako słaby, ukryty, pod osłoną chleba… Nie wejdę na siłę. Nie chcę. Szanuję twoją wolność. Ale jeśli ty otworzysz serce jednym przebłyskiem woli, Ja dopełnię reszty. Przez Moją Matkę Niepokalaną chcę obdarzyć cię życiem i błogosławieństwem. Zaufaj Mi. Twój Jezus”.

Niepokalana Matko Wielkiego Zawierzenia, uproś mi, proszę, łaskę przeglądania się w tym Obliczu Pana jak w lustrze. Niech mój codzienny rachunek sumienia, niech moje decyzje i postawy dotykają głębin mojego serca. Daj, Matko, aby m w tym ukrytym spojrzeniu Pana odnalazł siłę i światło na drogę mojego życia. Panie, przez Niepokalaną, dokonaj swojej Paschy we mnie. Amen.

ZAKOŃCZENIE:

„O Miłości Niepojęta, jakżeś wielka!”. „Ty w przedziwny sposób stworzyłeś człowieka i w jeszcze cudowniejszy sposób go odkupiłeś” (liturgia paschalna). Bądź uwielbiony, Boże w Trójcy Jedyny, w darze tej Drogi Krzyżowej i rozważania Męki i Paschy Pana. Uwielbiamy Cię w Twoim uniżeniu, które przyjąłeś dobrowolnie. Uwielbiamy Cię w darze Niepokalanej Matki Wielkiego Zawierzenia, która odtąd jest naszą Matką. Dokonaj, Panie, Twojej Paschy w nas. Przyjdź, Panie Jezu! Amen.

* Rozważania Drogi Krzyżowej autorstwa Mari Jakubowskiej.

Image
Parafia pw. św. Andrzeja Boboli w Lublinie
Kancelaria parafialna: Pn-Pt  |  1630 – 1730